Świadectwo I

Z całego serca chciałam podziękować wraz z mężem św. Gerardowi za wstawiennictwo w szczęśliwych narodzinach naszej córeczki. Pierwszą naszą córeczkę straciliśmy tuż przed porodem. Przeżyliśmy ogromną tragedię, a przy tym ból, cierpienie i smutek. Kiedy dowiedzieliśmy się, że ponownie jestem w ciąży, każdego dnia towarzyszył nam strach, obawa, żeby sytuacja się nie powtórzyła. Zaczęliśmy się modlić do św. Gerarda. Podczas każdej codziennej mojej modlitwy, błagałam św. Gerarda o szczęśliwy przebieg ciąży, pomyślne rozwiązanie i zdrowe dziecko. Zaczęłam myśleć pozytywnie, że wszystko będzie dobrze i wierzyłam, że św. Gerard nam pomoże.

Dziękujemy św. Gerardowi za obecność przy nas w najtrudniejszych chwilach, za wsparcie i skuteczne wstawiennictwo. Teraz jesteśmy rodzicami ślicznej i zdrowej córeczki. Bardzo dziękujemy św. Gerardowi, a także Bogu za spełnienie naszych modlitw, próśb i spełnienie naszego wielkiego pragnienia - za stan błogosławiony i szczęśliwe urodzenie zdrowej córeczki. Bóg zapłać!

– Kasia i Tomek

 

Świadectwo II – Historia Antosia

(...) trafiłam do mieszkającej na terenie tej parafii (czyl. Parafii św. Gerarda w Starych Gliwicach) Małgorzaty Kulczyckiej, mamy cudownie uratowanego Antosia. To obecnie czteroletni chłopczyk, o pięknych niebieskich oczach. Antoś ma jeszcze starsze rodzeństwo: siostrę Anię (15 lat) i brata Adama (10 lat). Rodzice są przekonani, że najmłodszy syn przeżył tylko dzięki modlitwie i zawierzeniu, choć o samym św. Gerardzie dowiedzieli się stosunkowo późno.

Według planu Antoś miał się urodzić na przełomie lutego i marca 2010 roku. - Pierwszy incydent, gdy jego życie było zagrożone, zdarzył się w 19. tygodniu ciąży, gdy szans na przeżycie dziecka właściwie nie ma. Do szpitala przywieźli nas w stanie krytycznym. Skierowali od razu na porodówkę, ale zrządzeniem losu i dzięki decyzji doświadczonej pani doktor pozwolili doczekać ranka, aż stan zagrożenia życia minął. Potem tych incydentów mieliśmy jeszcze kilka - opowiada mama. Od października do grudnia pani Małgosia większość czasu przeleżała w szpitalu. Gdy wracała do domu, to na krótko, bo karetka znów zabierała ją z powrotem. W tym czasie mąż pani Małgorzaty, Maciej, zamówił kilka Mszy do św. Gerarda. Na jedną z nich przyszłej mamie udało się nawet dotrzeć, aby wraz z rodziną prosić świętego o wstawiennictwo, pomoc i o... cud. Zbliżało się Boże Narodzenie 2009 roku. - 22 grudnia rano wypuścili mnie na przepustkę do domu, a po południu karetką wróciłam z powrotem na oddział. W Wigilię w szpitalu zupełnie niespodziewanie odwiedził nas nasz drogi proboszcz - ks. Waldemar Ciurej. To były dla mnie ważne i wzruszające odwiedziny. Zapewnił o modlitwie i tego samego wieczoru odprawił Pasterkę w intencji Antosia. Cztery dni później natura postanowiła przypomnieć o sobie. Wystąpił następny krwotok. Decyzją lekarzy, zupełnie bezwolnie, bez pytania, wbrew planom i samej sobie, stałam się mamą wcześniaka - mówi pani Małgosia.

Antoś przyszedł na świat maleńki, ważył 1600 gramów, ale miał wielką wolę życia... Gorzej było z jego mamą, u której wystąpiły powikłania i była operowana jeszcze przez dwie godziny. - Ani na moment nie przestaliśmy z mężem myśleć, że będzie dobrze. Wiedziałam, że Antoś jest w dobrych rękach i że Ktoś jeszcze czuwa nad nami - przyznaje. Nie oznacza to jednak, że nie liczyła się z różnymi komplikacjami. - Na szczęście, dzięki wspaniałej opiece lekarzy gliwickiego oddziału noworodków i wielkiemu wsparciu z góry, wszystko skończyło się dobrze. Po 6 tygodniach hospitalizacji z Antosiem wróciliśmy do domu - mówi szczęśliwa mama. Czekając na trudne narodziny syna, napisała modlitwę do św. Gerarda, zawierzając mu tę trudną ciążę i zdrowie maluszka. - Nosiłam ją zawsze przy sobie, dzieliłam się nią z innymi mamami i przechowuję do dzisiaj. Dzięki niej nasze oczekiwanie, choć tak trudne, było pełne wiary i nadziei w szczęśliwy koniec. A niebieska siła płynąca z nieba znajduje teraz odbicie w niebieskich oczach naszego synka. Niech ten błękit niesie innym mamom nadzieję na podobny, szczęśliwy finał ich pragnień i marzeń! - życzy pani Małgosia.

(...) Św. Gerard Majella był bratem w zgromadzeniu redemptorystów i za ich pośrednictwem jego kult rozpoczął się także w Gliwicach. Patronem matek został dzięki cudom, które przypisuje się jego wstawiennictwu. W Senerchii we Włoszech, gdzie pewna kobieta umierała podczas porodu, św. Gerarda poproszono o modlitwę i matka wraz z dzieckiem ocaleli. Ten cud został zweryfikowany i uznany za prawdziwy podczas procesu kanonizacyjnego.

– na podstawie artykułu Pani Klaudii Cwołek z oddziału gliwickiego Gościa Niedzielnego (05/2014)

 

Świadectwo III – Historia Oliwii Rity

Muszę Ci coś powiedzieć. Wizyta u ginekologa. Standard. Najpierw badanie, potem cytologia, a później USG. I dr pyta czy test ciążowy robiłam. Mówię, że nie. Po co? A on, że ciąże widzi. SZOK. Pierwsza myśl, że to niemożliwe. Tak po prostu, bez starania się? A zaraz później, że jakiś CUD i zaczęłam się cieszyć. A lekarz ogląda, ogląda i mówi, że ciąża, ale martwa. Że płód przestał się rozwijać. Że mógł się źle poskładać i to pewnie genetycznie, że serce nie bije itd. Kolejny szok. I mówienie sobie: tylko nie zacznij płakać. Ubrałam się, a on powiedział, że umówimy się na łyżeczkowanie (to się chyba tak nazywa). Powiedział, że da mi skierowanie do szpitala i to zrobi.

I powiedział, że daje jeszcze tydzień na samoistne poronienie (powinno tym bardziej po cytologii wystąpić) a jak nie, to mam za tydzień przyjść.

Wróciłam do domu. Sebastian zdążył już położyć Hanię spać, więc zamknęłam się sama w pokoju i płaczę. Przychodzi i pyta, co jest. A ja nie wiedziałam co mu powiedzieć. Bo co? Będziesz ojcem martwego dziecka? Czy co? No, ale w końcu wydusił ze mnie, co się stało. Pytałam ginekologa pod koniec wizyty czy jest szansa, że ciąża się rozwinie. Zrobił minę w stylu przykro mi i powiedział, że raczej nie.

A ja na drugi dzień wstałam i powiedziałam do Jacka (bo tak sobie nazwałam tą fasolkę), że ma żyć! I taka nadzieja we mnie wstąpiła. Że przecież zdarzają się pomyłki.

Zaczęłam się modlić do św. Gerarda. W końcu jest patronem matek. Proszę go o CUD. W przypadku Hani pomógł (Pamiętasz? Już nie miałam siły czekać z miesiąca na miesiąc, kolejny miesiąc itd. I kiedy tak od serca z nim porozmawiałam i poprosiłam, żebym zaszła w ciążę albo już albo wcale, bo te czekanie mnie dobija, to w tym samym miesiącu już w tej ciąży byłam. Nie wierzę, że to przypadek).

Znalazłam św. Ritę - patronka od spraw beznadziejnych. Wpisałam w google: beznadziejna sprawa i ...wyskoczyła! Pomyślałam, że w mojej sprawie bardzo się przyda. Teraz mam na zmianę św. Ritę i św. Gerarda. Może się za mną wstawią? Przecież nie takie rzeczy robili.

Przyznałam się Sebie, że mam nadzieję i że modlę się do świętych i że jak Jacek przeżyje, to na drugie będzie miał Gerard, a jak to dziewczynka będzie, to na drugie Rita. Seba powiedział, żebym sobie przypomniała co lekarz mówił i żebym się pogodziła. A ja nie chcę się godzić! I się nie godzę! Wiem, że rozczarowanie może być przez to okropne. Ale póki co, nie zgadzam się! Seba zgodził się na drugie imiona ;)

Pojechałam na badania. Bo mi lekarz kazał zrobić beta HCG. Czekałam na wyniki całą wieczność. Do Katowic to wysyłają i dopiero na drugi dzień jest wynik! I co? No ciąża wychodzi, ale do prawidłowego wyniku to też daleko... I tak nie tracę nadziei. I dalej się modlę. Może to młodsza ciąża? Może tak mało wystarczy? Czytałam, że jak jest za dużo tzn. że jest wada genetyczna np. zespół Downa. Może za mało to nie tak źle? W każdej wolnej chwili w pracy, otwieram Internet i mam na zmianę, nowennę do Św. Rity, litanie, modlitwę do Św. Gerarda, a w drodze do domu modlitwę swoimi słowami...

Śniło mi się, że byłam u ginekologa. Wszystko okazało się w porządku. Jak się cieszyłam! I się obudziłam. I stwierdziłam, że jak teraz będzie źle, to chyba nie przeżyje. I tak sobie myślę, że rozum mówi, że jest nie tak. Że te serce to powinno już być, bo już w 5 tygodniu słychać, a to był koniec 6 i dalej nic, i te HCG niskie. Ale przecież... nie takie CUDa się zdarzały. A ja wierzę! A z drugiej strony, to tak sobie myślę, że jak ma się nie udać, to wolę sama poronić niż iść na te łyżeczkowanie.

Powiedziałam Sebie, że chce jeszcze raz na badania jechać. Stwierdził, że to wrzucanie pieniędzy w błoto. Pyta mnie się, co mi to da. To mu mówię, że będę wiedzieć, czy spada czy rośnie. A on mi, że przecież dr wszystko w środę sprawdzi. Powiedziałam, że do środy zwariuję, a poza tym ja muszę mieć pewność, że mi nikt zdrowego dziecka nie zabije. Mówi, żebym jechała jak takie ważne to dla mnie. Widzę, że on tego nie rozumie. No wspiera mnie, ale nie rozumie. On już w tamten wieczór przyjął do wiadomości, to co ginekolog powiedział i koniec. A ja przecież dalej w ciąży jestem!

Jest niedziela. Jakbym nie była u ginekologa to dzisiaj zrobiłabym dla pewności test. I wyszedłby pozytywnie i myślałabym, że jest ok. Pojechałam na badania beta HCG. Nie przyznałam się Sebastianowi ile kosztują. Jutro wyniki. JUTRO dopiero.... Ciągle o tym myślę, nie potrafię się zająć niczym innym. Ja już się w tym dziecku zakochałam. Zniknęły wszystkie wątpliwości co do drugiego dziecka czy do płci. Jak będą problemy, to najwyżej stąd wyjedziemy. I tyle. Byle by żyło.

Zwolniłam się z pracy, żeby po wyniki jechać. Urosło! Ale... wg internetu to powinno urosnąć dwa razy, a mi tylko o 1/4. Ale nie spadło. Ciągłe mogę mieć nadzieję. A brzuch mnie strasznie boli. I jeszcze mnie wydęło. Mama mówi, że źle wyglądam i powinnam sobie badania zrobić. Gdyby wiedziała... Pojechaliśmy do dziadka. Chciał mi dać tabletki na wątrobę skoro tak mnie brzuch boli. Jak Hanię dźwigam to jest jeszcze gorzej. A ciągłe ją dźwigam...

Nie dostałam okresu. Minął cały tydzień. Znowu mi się śniło, że u lekarza już byłam. Znowu wszystko było ok., znowu się cieszyłam i znowu obudziłam. Ja nie chce innej opcji! Jakbym nie była w ciąży, to byłabym zadowoloną z życia 30 latką. Nic by mi nie brakowało i wszystko było by ok. No a chyba po coś ten mały człowieczek się zjawił. A skoro już się zjawił, to chyba nie po to żeby umrzeć.

Wiesz... Jeszcze chyba nigdy nie modliłam się w ten sposób. Nie z nadzieją (że fajnie by było gdyby...), tylko z WIARĄ, ja naprawdę wierzę w CUD.

Dzisiaj sądny dzień. Idę do lekarza. Już nic się nie zmieni. Dopiszę tylko jedno zdanie pod spodem, albo ok., albo ;( i więcej pisać nie będę.

Byłam u lekarza. On uważa, że beta troszeczkę urosła wraz z zarodkiem, ale to nic nie znaczy, bo to pusty pęcherzyk. Nie wiem jak to dokładnie nazwał. A nie chce mi się na necie szukać, ale chodzi o to, że ciąża się przestała rozwijać, a mój organizm jej jeszcze broni więc zarodek urósł. Coś w tym klimacie. Ginekolog zauważył, że mnie nie przekonał, bo ja zaczęłam mu tłumaczyć, że Hania 2 tyg. po terminie się urodziła, a nie było śladów przenoszonej ciąży i może w moim organizmie jest tak, że więcej czasu potrzeba. On mówi, że to nie możliwe, że nie ma niczego takiego. (Ja w to wierze i w to że dzidziuś będzie żył). Ginekolog stwierdził, że w takim razie powinnam przyjść za kilka dni (bo nie chce robić nic na siłę) i już wtedy na 100% stwierdzimy czy jest ok. czy trzeba łyżeczkować. Dziś 8 tydzień. Umówiłam się na za tydzień. Nie za 2, 3 dni jak sugerował. Jeszcze tydzień... Jak w 9 tygodniu dalej nie będzie serca, to już uwierzę, że nic z tego.

Wiesz, po tej wizycie moja wiara trochę osłabła. Nakazuję sobie dalej myśleć i modlić się jak w poprzednim tygodniu, ale do tego wszystkiego dochodzi rozum. I już nie chodzi o Internet, że nie znalazłam przypadku pozytywnego zakończenia, jeżeli w 8 tyg. serca nie było. Bardziej o tego lekarza. Gdyby to był jakiś z NFZ z przedpotopowym sprzętem, to łatwiej było by mi myśleć, że się myli, bo nic tam nie widzi. A ma doświadczenie. Duże.

Ale ja nie mogę tak myśleć. Nie mogę tracić wiary! Sebastian już się poddał, uważa, że niepotrzebnie się nastawiam. Powiedziałam też mamie. Też jej przykro, ale podziela zdanie Sebastiana. Uważa, że krzywdę sobie robię nastawiając się na to, że wszystko będzie ok, zamiast się pogodzić z rzeczywistością. Modlę się, tylko to mi zostało. Modlitwa i wiara. Trochę tak, jakbym tylko ja ratowała to dziecko.

Sebastian (sceptyk) stwierdził, że jeżeli to dziecko naprawdę przeżyje, to uwierzy w cuda i sam stwierdzi, że to CUD. A ja ciągle obiecuję Św. Ricie i Św. Gerardowi, że jeżeli mi pomogą (chociaż kim ja jestem?), to nie będę się wstydzić i wszystkim na około zawsze będę opowiadać o tym co dla mnie zrobili.

To już dzisiaj. Ale się boję! Mama stwierdziła, że zostanie z Hanią, a Sebastian jedzie ze mną.

Wchodzę (Seba zostaje w korytarzu), dr pyta co słychać, jak samopoczucie? (mam ochotę go za to udusić i zacząć wrzeszczeć!, jestem kłębkiem nerwów), udaje mi się powiedzieć "proszę zrobić te usg". Zrozumiał, że nie chcę rozmawiać, zaprasza do przymierzalni i na leżankę. I leżę, a on ogląda monitor i nic nie gada. Ta cisza jest przerażająca i nie zwiastuje niczego dobrego. Tak jak za pierwszym razem, kiedy się zorientował, że jednak ciąża martwa i tak się gapił i gapił... Nie wytrzymuję. Pytam "co jest?", a on że serce i że BIJE! Mówi, że wszystko się rozwinęło i wygląda na to że jest w porządku. (w ciągu tygodnia!) Zaczynam płakać, nie wytrzymuję tego napięcia. Nie pamiętam kiedy ostatni raz i czy kiedykolwiek płakałam tak ze szczęścia. A on nagle, że mam przestać. Nie mam się cieszyć i mam hamować emocje. Że po takim początku wszystko może się zdarzyć i lepiej się wstrzymać z radością do końca pierwszego trymestru. I wiesz co? Może sobie gadać. Ja już wiem, że będzie ok. Wiem też czyja to zasługa. Cieszę się jak głupia!!! Pytam go, co on na to? (tydzień temu miałam być czyszczona!), a on że różne rzeczy w naturze się zdarzają. Moim zdaniem powinien krzyczeć na cały gabinet o CUDZIE! Bo jak to inaczej nazwać???

Wychodzę z gabinetu (chcę mieć pokerową twarz, a nawet smutną - niech Sebastian się choć przez chwilę pomartwi). Sebastian na mój widok szczerzy się od ucha do ucha i gada, że w życiu bym w pokera nie wygrała. Przyznaje rację o CUDZIE i szczęśliwi wracamy do domu.

Dalsza część tej historii nie do końca była sielanką. Lekarz stwierdził, że najlepiej będzie policzyć ciążę od bicia serca, (bo od ostatniej miesiączki wprowadza w błąd). Zgodziłam się z nim. I zanim skończył się I trymestr (w ok 12 tyg), dostałam atak wyrostka robaczkowego. Sytuacja nie była za dobra, bo w tak wczesnej ciąży, przy operacji wyrostka raczej nie było szans na uratowanie dziecka (jeszcze łożysko nie było wytworzone do końca). I znowu modlitwa. Ze strony chirurgów, obłożenie lodem mojego boku i kroplówki z antybiotykiem (z zastrzeżeniem, że jeżeli wyrostek pęknie, to nie będą czekać). Sebastian stwierdził, że nie po to Święci ratowali to dziecko, żeby teraz dać mu umrzeć. Uspokoił mnie, bo miał racje.

W 40 tyg (od bicia serca) - niedziela. Pierwszy dzień od dawna, kiedy dobrze się czułam, taka wypoczęta i pełni sił. Patrzę na obraz Św. Gerarda i proszę go, że jeżeli mam urodzić, niech to będzie dziś. Proszę o szybki poród i jeżeli to w ogóle możliwe, to w miarę bezbolesny. Po południu festyn parafialny. Idziemy całą rodziną. Hania biega szczęśliwa (ma rok i 9 m-cy i uwielbia muzykę), a Sebastian za nią. Ja rozmawiam z koleżanką i nagle ...skurcz. Po 2h jedziemy do szpitala, chociaż chciałam zostać do końca losowania nagród (Hania zostaje z babcią). W szpitalu najpierw dostaję ochrzan od położnej, dlaczego zgłaszam się tak długo po terminie. Tłumaczę (na ile skurcze mi dają), że ostatnia miesiączka to nie termin, żeby obejrzała kartę i że z lekarzem liczyliśmy od bicia serca 3 tyg. Nie wiem czy coś z tego rozumie, ale daje mi spokój. Chcę znieczulenie, ale mówią że za późno, bo za godzinę urodzę. Nie wierzę im, a niedługo później mówię że rodzę (tym razem mi nikt nie uwierzył). Leżałam pod ktg, przykryta prześcieradłem, mąż obok (też nie wierzył), położna zajęta swoimi sprawami, a Oliwia Rita wbrew niedowiarkom, opuściła wygodny brzuszek wraz ze swoim workiem (urodziła się w czepku). Na wypisie ma wpisany 40 tydzień (czyli uwierzyli ;-)) i wygląda jak aniołek.

– list w formie kolejnych e-maili, które mama Oliwii pisała do swojej siostry


Osoby, które doznały szczególnego wstawiennictwa i opieki św. Gerarda i chciałyby tym podzielić się z nami, uprzejmie prosimy o nadesłanie pisemnych świadectw na adres parafii.